niedziela, 30 października 2016

X. Przeżywam kryzys egzystencjalny

– Jestem przekonany, że nie dojdzie do zamieszek – powiedział Tom Riddle, gładząc okładkę trzymanej na kolanach książki.
– Oczywiście, że nie. – Avery podniósł podbródek wyżej; niemal zawsze zadzierał głowę, gdy zabierał głos. – To marna próba wywarcia nacisku na Ministerstwo. Myślą, że groźba otworzenia drugiego frontu wystarczy, byśmy zgodzili się na ustępstwa.
Tom uśmiechnął się kącikami ust.
– Tak sądzisz?
– A ty nie? Zaczynają grozić rebelią właśnie teraz, kiedy część naszył sił przebywa za granicą, ekonomia jest nadszarpnięta przez wojnę, nie wspominając o morale społeczeństwa – Avery mówił pozbawionym zainteresowania głosem, jakby opowiadał treść wyjątkowo nużącej książki. – Szanse na powodzenie mają znikome, ale te głupie stworzenia od wieków udowadniają, że nie uczą się na błędach.

– Muszę ci podziękować, przyjacielu – stwierdził z szerszym uśmiechem Tom. – Mnie samemu ta prowokacja wydawała się aż nazbyt widoczna… ale skoro ty złapałeś się na przynętę, możliwe, że większe ryby też połkną haczyk. Przynajmniej wiem już, że nie powinienem lekceważyć tej sytuacji. Ujmijmy więc to tak: nie wierzę, że dojdzie do zamieszek z inicjatywy goblinów.
Uniosłem wzrok znad gazety i popatrzyłem na Toma uważnie.
Podczas spotkań Klubu Ślimaka rzadko zdarzały się dyskusje angażujące wszystkich zgromadzonych – zwykle towarzystwo w końcu dzieliło się na mniejsze grupy, skupiające klubowiczów o podobnych zainteresowaniach i poglądach. Jeszcze rzadziej zdarzało się, by rozmowa między dwójką osób stawała się tak pasjonująca, że cała reszta wolała występować w roli słuchaczy niż dyskutantów.
Niemniej kiedy takie sytuacje się zdarzały, jedną ze stron dyskusji zawsze był Tom Riddle.
– Prowokacja? – powtórzył Avery; w jego głosie pojawiła się nuta zainteresowania. – Kolejna teoria spiskowa, Tom? Oświecisz nas, czy zachowasz tę wiedzę tajemną dla siebie?
– Jak już wspomniałeś, nie mają szansy na powodzenie. Wbrew temu, co uważasz, gobliny wykazują raczej tendencję do chłodnego oszacowywania bilansu zysków i strat, nie działania pod wpływem wielkich emocji. Dlaczego więc miałyby zdecydować się na tak ryzykowny krok? – Tom położył obie dłonie na okładce książki i wyprostował się. – Konsekwencje mogą być dla nich tylko negatywne. Społeczeństwo obawia się rebelii, ale zamiast zmuszać ministra do przyznania goblinom przywilejów, będzie domagać się dla nich kolejnych form represji. Preferencyjne aresztowania, kolejne wywłaszczenia… kto na tym skorzysta? – Przemknął wzrokiem po zgromadzonych.
Nie wiedzieć dlaczego, poczułem się jak uczeń złapany przez nauczyciela na nieznajomości niedawno omawianego materiału.
Avery pstryknął palcami.
– Afera Pontyferry – odpowiedział.
– Cieszę się, że tak dobrze się rozumiemy. – Tom rozsiadł się wygodniej w fotelu. – Jak mówiłem; to staje się oczywiste, kiedy wpadnie się na ten trop.
W Pontyferry znajdowała się wiekowa rezydencja, służąca – przynajmniej według oficjalnej wersji – za muzeum goblińskiej kultury. Społeczności czarodziejów nie uważała spuścizny kulturowej goblinów za zajmującą, więc Pontyferry znajdowało się poza zainteresowaniem opinii publicznej. Wszystko zmieniło się w maju tego roku, kiedy reporter Proroka Codziennego dostał się do zamkniętych dla zwiedzających podziemi budynku. Odkrył setki zaginionych magicznych artefaktów, w tym wiele takich, do których prawa mogli rościć sobie wciąż żyjący czarodzieje. Dowodem prawdziwości słów dziennikarza były fotografie zgromadzonych przez gobliny skarbów; zdołał też wykraść czarkę pamiętającą czasy Założycieli, do połowy zeszłego stulecia znajdującą się w posiadaniu rodziny Malfoyów.
Zdarzenie to wywołało burzliwe reakcje. Ministerstwo zalały pisma dokumentujące prawa własności do rozpoznanych przez magiczne rodziny przedmiotów, wraz z żądaniem o odebranie artefaktów goblinom i zwrócenie ich prawowitym właścicielom. Bogatsze rody zobligowały się wspierać mniej zamożne familie w dochodzeniu swoich praw, pod warunkiem, że po zakończeniu całej procedury zostanie im przyznany procent od wartości zyskanych skarbów, wypłacony w galeonach. Inni, bardziej bezduszni, skupowali niemal za bezcen prawa do goblińskiej fortuny od tych dziedziców, których nie stać było na pokrycie kosztów sądowych, a pilnie potrzebowali podreperowania finansów.
Gorączka Pontyferry ogarnęła cały kraj. Niemal każdy czarodziej dokonywał inwentaryzacji rodzinnych skarbów, przeglądał stare fotografie rezydencji i przepytywał nestorów rodu z nadzieją na zyskanie choć cienia przesłanki, że wśród tych skarbów znajdowało też się jego własne dziedzictwo.
Kolejny wybuch emocji spowodował fakt, że muzeum w Pontyferry zniknęło. Najprawdopodobniej zabezpieczono je zaklęciem Fideliusa – nikt jednak nie wiedział, kto został Strażnikiem Tajemnicy. Społeczeństwo obwiniało Ministerstwo za niezabezpieczenie w porę odkrytych artefaktów i domagało się ukarania kustosza muzeum.
Gobliny zaprzeczyły, by kiedykolwiek doszło do kradzieży, co nie zdziwiło nikogo obeznanego z ich prawodawstwem. Dla goblinów jedynym prawdziwym posiadaczem przedmiotu pozostawał jego wytwórca – za opłatą mógł zdecydować się wypożyczyć swoje dzieła, jednak po śmierci dzierżawcy powinny wrócić do rzemieślnika. Gdy umierał i sam twórca, wykonane przez niego przedmioty stawały się zbiorową własnością goblinów, dysponowaną według ich wewnętrznych ustaleń.
Z pewnym zażenowaniem zorientowałem się, że afera Pontyferry została niemal całkiem wypchnięta poza moją świadomość, mimo że z początku ta sytuacja bardzo mnie ciekawiła. W lipcu zmarła Aspen i fortuna warta miliony galeonów stała się dla mnie równie interesująca co chwasty w ogrodzie.
Pomyślałem, że to naprawdę dziwne. W naszym domu świat się zawalił, ale poza rezydencją Dummondów życie toczyło się dawnym tempem, jak gdyby ta jedna tragedia w ogóle nie wpłynęła na rzeczywistość.
– To niezgorsze posunięcie – stwierdził Avery. – Prosty sposób, by odzyskać skarby z Pontyferry. Przecież wszyscy są zgodni, że gobliny poprzenosiły je do Gringotta.
Tom roześmiał się krótko.
– Nie było żadnego Pontyferry. Albo inaczej, jego istnienie kończyło się na goblińskim muzeum. Wszystko, co działo się później, to prolog tej coraz bardziej żenującej opowieści.
Wargi Avery’ego drgnęły w ironicznym uśmiechu.
– Słowo daję, Tom, słuchając cię, można odnieść wrażenie, że nawet istnienie Hogwartu to jakiś rządowy spisek.
– Pomyśl o tym. Niemal wszystkie zaginione artefakty cudownie odnajdują się w jednym miejscu. Dlaczego nie były trzymane w Banku Gringotta od samego początku? Ministerstwo nie ma uprawnień, by wydać nakaz przeszukania skrytek, dopóki nie zajdzie podejrzenie dokonania przestępstwa.
– Antygoblińska prowokacja kosztem reputacji Ministerstwa? Jeśli od początku do końca było to zaplanowane działanie, to jednak słabo przemyślane, nie uważasz? Ministerstwo wiele straciło na tej aferze.
– Wprost przeciwnie. Nie zwróciłeś uwagi na to, o czym mówiłem. Ministerstwo nie ma uprawnień, by przeglądać zawartości skrytek, chyba że zajdzie podejrzenie dokonania przestępstwa. W tym momencie gobliny są oskarżane o kradzież. Teraz zostają postawione przed wyborem: albo pozwolą na przeszukanie prywatnych skrytek, albo jawnie zbuntują się przeciwko poleceniom Ministerstwa, co jest już poważnym powodem, by użyć względem nich przemocy. Innymi słowy, gobliny muszą się zdecydować między zagrabieniem ich majątku a zostaniem skazanymi na rzeź bez możliwości poproszenia o pomoc Konfederacji Czarodziejów, bo według oficjalnego przebiegu wydarzeń odpowiedzialność za ten konflikt będzie spoczywała na nich.
– Potworne – mruknąłem.
Poczułem na sobie spojrzenia zgromadzonych i dopiero po chwili zorientowałem się, że powiedziałem to na głos.
– Czyżby? – Tom uśmiechnął się niewesoło. – Pamiętasz naszą rozmowę o Grindelwaldzie? Wydawało mi się, że zadeklarowałeś się jako przeciwnik jego metod. Jak myślisz, do czego Ministerstwo potrzebuje goblińskich skarbów? Wojna kosztuje, nawet jeśli nie uczestniczymy w niej tak aktywnie jak pozostaje kraje Europy.
– Nie mogę powiedzieć, by takie metody też mi odpowiadały.
– Więc wolisz, by Wielka Brytania przestała wspierać przeciwników Grindelwalda z braku środków?
– Wolę, gdy ukrócenie czyjejś opresji nie odbywa się kosztem innej grupy…
– Cóż, Maurice, jeśli faktycznie tak jest, to muszę cię rozczarować. Bez względu na przyjęte metody walki z Grindelwaldem, pokonanie go oznaczałoby opresję wobec samego Grindelwalda i wszystkich jego sojuszników.
Poczułem, jak zaczerwieniły mi się policzki, ale po raz pierwszy od dawna nie z poczucia zażenowania, tylko złości. Oparłem zaciśnięte dłonie o kolana.
– Możemy w nieskończoność przepychać się słownie i definiować na nowo podstawowe zasady moralne, oczywiste dla każdego, kto wykazuje się chociaż szczątkową empatią i zdrowym rozsądkiem. I ponieważ są oczywiste, każda rewolucyjna próba udowodnienia, że czarne jest białe, albo przynajmniej szare, nie będzie niczym więcej niż snuciem fałszywych teorii dla rozrywki, bo nikt z was w głębi duszy w to nie wierzy. Nie wierzycie, że zabicie drugiego człowieka jest czymś więcej niż zwykłym zabójstwem, nie wierzycie, że szczęśliwe społeczeństwo można zbudować na tysiącach mogił… a to, jak spokojnie o tym rozmawiacie udowadnia tylko, że nie dociera do was to, co się dzieje. – Mówiłem bardzo szybko i obawiałem się, dość niewyraźnie. – I nie dotrze do was, dopóki naprawdę nie zrozumiecie, co to znaczy, gdy człowiek umiera. Dopóki nie zrozumiecie, że to znaczy, że nigdy więcej niczego nie powie, niczego nie pomyśli, że nikt nigdy go już nie pokocha, ani on nie pokocha nikogo… że jest bezpowrotnie stracony. To wydaje się proste i pewnie nikt z was nie przyzna się, ale… nie rozumiecie tego. Wiem, że nie.
Przez chwilę panowała cisza. Odważyłem się podnieść wzrok na Toma; przyglądał mi się zimnymi, kompletnie pozbawionymi zainteresowania oczyma i na ten widok poczułem bolesny skurcz w żołądku.
– Myślę, Dummond, że masz problem z rozróżnieniem logicznych argumentów od prywatnych doświadczeń – powiedział Avery po krótkim namyśle.
– Zamknij się.
Drgnąłem, gdy uświadomiłem sobie, że to ja wypowiedziałem te słowa.
Nie sądziłem, że cisza może wydawać się tak ciężka.
– Co powiedziałeś, Dummond? – zapytał chłodno Avery.
– Po prostu zrób mi tę przyjemność i zamknij się – powtórzyłem. Czułem, jakbym znajdował się na granicy ekstazy i paniki. W tej chwili mogłem powiedzieć wszystko, ale jednocześnie dręczyły mnie myśli o przyszłych konsekwencjach.
– Nikt cię nie zmusza do wysłuchiwania naszych wysoce nieetycznych dyskusji. – Avery wywrócił oczami. – Dummond, może gdzieś znajduje się klub, w którym czołowy temat wszystkich dywagacji to wyższość wierszyków o fiołkach nad tymi o żonkilach, ale my mamy jasno sprecyzowane cele. Jeśli to ci przeszkadza, z miłą chęcią odprowadzę cię do drzwi, bo prawda jest taka, że to ty tu nie pasujesz.
Milczałem przez kilka sekund.
– Wiesz, Avery? Masz rację. – Wstałem i rzuciłem zwiniętą w rulon gazetę na stół. – Masz absolutną rację.
Wyszedłem zdenerwowany. Na korytarzu omal nie wpadłem na zdumionego profesora Slughorna – minąłem go i dopiero po paru chwilach dotarło do mnie, że najpewniej mówił coś do mnie. Było mi głupio, że go zignorowałem, ale gdybym zaraz zawrócił i wyjaśnił powody swojego zachowania, chyba spaliłbym się ze wstydu.
Westchnąłem i poluzowałem krawat. O tej porze roku na korytarzach zwykle panował nieprzyjemny chłód, czułem jednak buzujące we mnie gorąco.
Już zaczynałem żałować swojego zachowania. Tak naprawdę ta rozmowa nie różniła się niczym od setek przeprowadzonych wcześniej podczas spotkań Klubu Ślimaka – dyskutowanie o sprawach życia i śmierci w tak teoretyczny, pozbawiony emocji sposób zawsze mnie irytowało, jednak nie na tyle, by urządzać scenę. Miałem wrażenie, że ostatnio ledwo panowałem nad sobą i coraz ciężej było mi usprawiedliwić własne działania.
Nie odważyłem się podnieść wzroku znad podłogi – wydawało mi się, że wszystkie portrety wbiły we mnie karcące spojrzenie, choć przecież wiedziałem, że rzadko kiedy interesowały je sprawy ludzi mieszkających poza płótnem.
Stanąłem przy oknie; pogoda dopisywała i większość rezydentów Hogwartu udała się na błonia, chcąc skorzystać z ostatnich ciepłych dni w tym roku. Oparłem się o parapet, z ponurą miną obserwując bawiące się przy jeziorze dzieci.
Byłem już dorosły. Dlaczego nie potrafiłem zachowywać się poważnie?
Czy naprawdę potrzebowałem towarzystwa z Klubu Ślimaka?
Należałem do niego, bo wszyscy, którzy mogli coś w przyszłości znaczyć, do niego należeli. Mój ojciec bardzo popierał ideę Klubu, twierdząc, że dzięki niemu można z łatwością nawiązać przydatne w przyszłości kontakty. Czy kontakty z nimi naprawdę mogły przynieść mi kiedyś jakiegoś korzyści? Nie chciałem nawet sobie wyobrażać sytuacji, w której potrzebowałbym pomocy Avery’ego.
Potarłem nerwowo ramiona. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, bym zrezygnował z członkostwa, w praktyce – rodzice zapewne nie wybaczyliby mi tego łatwo. Naprawdę nie chciałem być dla nich takim rozczarowaniem, to po prostu…
...samo wychodziło.
– Maurice…? Dzień dobry.
Drgnąłem, gdy znajomy głos wyrwał mnie z zamyśleń; obróciłem się do Priscilli i posłałem jej wymuszony uśmiech.
– Dzień dobry.
– Wszystko dobrze? – Przypatrywała mi się z niepokojem. – Wydajesz się zmartwiony.
Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Mógłbym po prostu zaprzeczyć, że cokolwiek mnie trapiło, ale najpewniej nie zabrzmiałbym przekonująco.
– Właściwie, to… – Zawahałem się. Nie znałem Priscilli; poza kilkoma pogawędkami dotyczącymi głównie pogody i lekcji, na które zdarzyło nam się uczęszczać razem, nie mieliśmy okazji dłużej porozmawiać.
Albo, co dotarło do mnie, patrząc na dziewczynę, robiłem wszystko, by jak najszybciej uciąć wszelkie jej próby zbliżenia się do mnie.
Westchnąłem ciężko. Jakim prawem zachowywałem się tak podle względem niej? Nie skrzywdziła mnie w żaden sposób.
– Mam za sobą dość ciężki tydzień – odpowiedziałem w końcu; nie było to kłamstwo, chociaż nie wyjaśniało wcale tego, co naprawdę mnie dręczyło. – Priscillo, możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie? – wyrzuciłem z siebie nagle, nim zdążyłem w ogóle przemyśleć, czy to rozsądne; popatrzyła na mnie pytająco. – Czy ja jestem… dziwny? – ostatnie słowo wypowiedziałem bardzo cicho.
Przez moment wyglądała na zaskoczoną; później roześmiała się.
– Maurice, co to za pomysł? Nie jesteś dziwny, nie w złym sensie.
– Nie w złym sensie? – powtórzyłem niepewnie.
– To znaczy… – zająknęła się; sprawiała wrażenie odrobinę zmieszanej. – Mam na myśli to, że można być dziwnym i przez to bardzo antypatycznym, prawda? Można też być dziwnym w znaczeniu „niezwykłym”.
– Och – powiedziałem po chwili milczenia.
Zarumieniła się lekko.
– Przepraszam, to mogło zabrzmieć niezręcznie. Po prostu zawsze wydawałeś mi się miłym i dobrym człowiekiem.
– Och. Dziękuję. – Musiałem przyznać, że zaskoczyły mnie jej słowa.
– W Slytherinie ciężko o podobne towarzystwo – dodała Priscilla, uśmiechając się nieśmiało. – Większość Ślizgonów skupia się na tym, co im się opłaca, nie na tym, by po prostu zachowywać się w porządku wobec innych. Wiesz. – W jej głosie pojawiła się nuta zadumy. – Kiedy myślisz w zupełnie inny sposób niż reszta, trudno nie czuć się…
– Samotnie? – dokończyłem za nią.
Spojrzała na mnie zdziwiona, zaraz jednak uśmiechnęła się szerzej.
– Tak, to dobre słowo.
Zbliżyła się do okna i zapatrzyła w krajobraz za szybą, więc sam też się odwróciłem. Oboje milczeliśmy.
Pomyślałem, że była miła. Ostatnio ta cecha wydawała mi się rzadka, jakby połowa nią obdarzonych osób nagle wymarła.

*

– Spóźniłeś się – oznajmiła Morrigan, łypiąc na mnie podejrzliwie.
– Racz przyjąć moje przeprosiny, madame. – Pochyliłem przed nią głowę, a usłyszawszy głośny syk, wyszukałem wzrokiem Gęś i przed nią również się ukłoniłem. – I madame.
Gęś weszła pod zagracony stół, choć wciąż wyglądała na niezadowoloną.
– Gdzie twój strój wizytowy? – zapytała Morrigan z wyrzutem w głosie.
Popatrzyłem na nią z niezrozumieniem.
– Wczoraj powiedziałam, że robimy herbaciane przyjęcie – wyjaśniła.
Zerknąłem na siedzącego w kącie Rubeusa. Miał na sobie zdecydowanie za mały, stary i okropnie zmechacony cylinder.
– Musiało wypaść mi z głowy. A gdzie twój strój wizytowy, Morrigan?
Wskazała przypiętą do mundurka broszkę – musiałem przyznać, że nigdy nie widziałem podobnej. Jak na kobiecą biżuterię wydawała się zbyt toporna: przedstawiała kruka z rozłożonymi szeroko skrzydłami, owiniętego ciernistym pnączem. Przyglądałem się ozdobie przez chwilę, nim podniosłem wzrok na dziewczynkę.
– W takim razie ja i Aragog wystąpimy w nieprzystających do rangi uroczystości strojach – stwierdziłem.
– Aragog dostał ode mnie rękawiczkę, ale ją zjadł.
– Nie całkiem – wtrącił Rubeus usprawiedliwiająco. – Pociachał tylko trochę i wypluł.
– Ach… – Przez kilka sekund intensywnie szukałem innego tematu; dużo łatwiej było mi zaakceptować Aragoga, gdy nie pamiętałem o jego mięsożernej naturze. – Morrigan, jak podoba ci się książka?
– Wcale. Jestem w połowie i jeszcze nikt nie umarł.
Uśmiechnąłem się słabo i podszedłem do jednej z ławek.
Rubeus i Morrigan zdążyli już wygospodarować kawałek niezagraconego blatu; przykryto go czerwonym ręcznikiem w szkocką kratę, a na jego środku postawiono pusty wazon. Jedyny element zastawy, który faktycznie nadawał się na podwieczorek, stanowił zestaw filiżanek i talerzyków deserowych. Wyglądał na wykonany z porcelany dobrej jakości; wszystkie jego elementy zostały ozdobione ręcznymi malunkami przedstawiającymi suszone kwiaty. Podniosłem jedną z filiżanek i obejrzałem jej spód. Wygrawerowano tam literę „M”.
– Przyniosłaś je z domu? – zapytałem, oglądając się na Morrigan.
Kiwnęła głową.
– To chyba rodzinna pamiątka?
– Tak. Są bardzo stare.
Zacisnąłem mocniej palce na uchwycie filiżanki.
Czytałem kiedyś o praktyce – co prawda, niezbyt popularnej – dzięki której można odzyskać fragmenty wspomnień. Czarodziej, który opracował tę metodę, założył, że ludzie obdarzeni magiczną mocą nigdy do końca nie wyzbywają się dziecięcej skłonności do przypadkowego rzucania zaklęć; co najwyżej udaje się zepchnąć ten instynkt do podświadomości. Według niego zawsze operujemy nieświadomie magią, gdy przeżywamy silne emocje. Pragniemy zatrzymać w czasie najpiękniejsze momenty życia tak samo mocno, jak chcemy, by zaznane przez nas krzywdy zostały zapamiętane i pomszczone. Fragmenty wspomnień niczym ranna rosa osadzają się na przedmiotach codziennego użytku, zapieczętowane na wieki rzucanymi przez nas mimowolnie czarami. Zdolny czarodziej, obeznany w sztuce manipulowania wspomnieniami, potrafiłby ściągnąć delikatną siatkę wspomnień i przemienić ją w coś zdatnego do odtworzenia.
Nie spotkałem nigdy człowieka, który zajmowałby się tym w praktyce – zresztą, nie miałem pewności, czy to naprawdę możliwe.
Obróciłem filiżankę w dłoniach. Gdybym tylko mógł zobaczyć wszystko, czego była świadkiem…
Odłożyłem ją z powrotem na blat ławki.
– Morrigan – odezwałem się. – Kojarzysz takie nazwisko: Worden Folsom?
Zastanawiała się tylko chwilę.
– Tak.
Drgnąłem, zaskoczony, i odwróciłem się do niej.
– Naprawdę? Skąd?
– Widziałam to imię na nagrobku.
– Wiesz coś więcej o tym człowieku?
– Urodził się w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku i zmarł w tysiąc osiemset osiemdziesiątym czwartym. „Niech to licho, warto nie było”.
– Słucham? – Otworzyłem szerzej oczy.
– Tak ma napisane na nagrobku.
– Gdzie został pochowany?
– U nas w ogrodzie.
Roześmiałem się nerwowo.
Większość rodzin czarodziejskich wydzielała część posiadłości na przydomowy cmentarz, na którym chowano bliskich, w przypadku Mardów jednak wydało mi się to dość przerażające. Poza tym, wiedziałem już, że nie zaistniała żadna pomyłka i owa panna Mard, o której pisał pan Huckelberry, była spokrewniona z Morrigan.
– Cholibka – odezwał się nagle Hagrid. – To naprawdę najkiepściejsza rzecz, jaką można sobie napisać na grobie.
– Co chciałbyś mieć na swoim? – zapytała bez żadnego skrępowania Morrigan.
Rubeus zamyślił się na chwilę.
– Coś jak „był w porząsiu i wszyscyśmy go lubili”, ale mogliby to napisać ładniej. A ty?
– Żeby nie deptali, bo będę straszyć.
– Serio? – Popatrzył na nią z powątpiewaniem. – Nie lepiej coś takiego, żeby wszystkim było przykro, że się przekręciłaś?
Potrząsnęła głową.
– Nie obchodzi mnie, co sobie o mnie pomyślą. Nie chcę, by po mnie deptali.
Za mną rozległo się ciche klekotanie. W dwóch krokach znalazłem się przy ścianie i przylgnąłem do niej plecami.
– Aragog, a ty co chcesz mieć na grobie? – zainteresował się Hagrid.
Po co… grzebać zmarłych…? Można ich przecież… zjeść.
Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Aragog zawsze obserwował mnie co najmniej jednym okiem.
– No a gdyby ktoś cię pochował, jak chciałbyś być zapisany?
Miał dużo… silnych dzieci… to ma znaczenie.
Uśmiechnąłem się krzywo, ale najwyraźniej nikt tego nie zauważył.
– Możemy już szamać? – zaproponował Hagrid.
– Tak. Czekaliśmy na Maurice’a. – Morrigan podbiegła do katedry nauczycielskiej i poderwała z niej tacę, by przenieść ją na wydzielony fragment ławki. Znajdował się na niej czajnik, cukiernica i talerzyk z czekoladkami i ciastkami.
Hagrid wyjął z kieszeni garść żywych dżdżownic, wrzucił ją do jednej z filiżanek, po czym podsunął ją Aragogowi.
Zasłoniłem usta rękawem i odwróciłem pospiesznie.
– Chodź już – ponagliła mnie Morrigan. – Nie wiesz, że nie wolno jeść, dopóki wszyscy nie usiądą przy stole?
Westchnąłem i podszedłem do ławki.
– Nie mamy nawet na czym siedzieć – zauważyłem.
– Wyobraź sobie, że mamy. Jesteś poetą. Umiesz. – Morrigan nalała herbatę do pozostałych filiżanek. Nie zdążyłem zaoponować, nim przechyliła cukiernicę nad moją filiżanką, wsypując do niej kilkanaście kostek cukru. Równie szczodrze posłodziła pozostałe napoje.
Hagrid do swojej herbaty wrzucił kilka kostek czekolady.
– Smakują lepiej, jeśli najpierw je namoczysz – poinformowała Morrigan, zanurzając ciastko w zawartości filiżanki.
Smakują lepiej… jeśli nie odgryziesz im głowy… od razu – wyklekotał po chwili Aragog, jakby po namyśle uznał, że powinien również podzielić się jakąś refleksją.
Spojrzałem na swoje odbicie w filiżance. Avery miał rację, mówiąc, że nie pasowałem do Klubu Ślimaka, ale czy tutaj pasowałem?
A jeśli nie… to gdzie?
Wziąłem łyk herbaty – Morrigan zapomniała o łyżeczkach i podczas gdy napój na dnie filiżanki  zgęstniał od cukru, na powierzchni miał gorzki, cierpki smak.
– Nie zapytałaś o nagrobek mój i Gęsi – zauważyłem.
Morrigan podniosła na mnie wzrok.
– To dlatego, że Gęś nie zamierza umierać – stwierdziła.
Otworzyłem usta, by się odezwać, ale wtedy Aragog strącił naczynie z dżdżownicami.
– To było niegrzeczne – upomniał go Rubeus, nim wyłowił ze swojej filiżanki rozmoczony herbatnik.
Akromantula trwała przez chwilę w bezruchu; włoski na jej ciele wydawały się bardziej nastroszone niż zwykle. W końcu z cichym sykiem zeskoczyła z ławki i schowała się w kufrze.
Popatrzyłem pytająco na Rubeusa.
– Czasem tak ma – wyjaśnił chłopiec. – Boi się.
– Czego?
– Nie wiemy. Aragog też nie. Po prostu się boi.
Odłożyłem filiżankę na miejsce. Szkocki klimat diametralnie różnił się od naturalnego środowiska Aragoga; podejrzewałem, że to mogło być źródłem jego niepokoju.
– Zagrasz coś na następnym spotkaniu Ślimaków? – zapytała nagle Morrigan.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem, po czym odchrząknąłem, odrobinę zażenowany.
– Nie wiem. Chyba nie. Myślę, że już nie będę na nie przychodził.
Wbiła we mnie wzrok.
– Aha – powiedziała w końcu tonem, z którego nie zdołałem wywnioskować, jaki miała do tego stosunek.
– To dobrze czy źle?
– Dlaczego mnie pytasz, Maurice? Ty powinieneś wiedzieć.
Milczałem przez kilka chwil.
– Sam zrezygnowałem – uściśliłem.
– Aha. – Morrigan zajrzała do swojej filiżanki. – Na czym będziesz teraz grał?
Poruszyłem się niespokojnie na krześle, zorientowawszy się, że do tej pory nie rozważyłem tej kwestii.
– Najwyraźniej nie będę – mruknąłem.
– Aha… – Dziewczynka wydawała się zamyślona.
Rubeus, dotąd zajęty podjadaniem ciastek, dopiero po jakimś czasie zorientował się w ciężkiej atmosferze spotkania. Odłożył nadgryziony herbatnik na spodek i zerkał na nas niepewnie.
– Wymyśliłeś już, co zrobić, by nie wyrzucono bibliotekarza? – Morrigan przerwała ciszę.
Popatrzyłem na nią i westchnąłem.
– Zastanawiam się… nie chcę pogorszyć jego sytuacji. Nie wiem, czy najpierw powinienem porozmawiać z nim czy z dyrektorem.
– Czasem długo czekać to tak, jakby w ogóle nie chcieć nic zrobić – powiedziała. Przełamała herbatnik na pół i część ciastka podsunęła schowanej pod stołem Gęsi; ta skubnęła podarek dziobem, ale nie wyraziła nim dalszego zainteresowania. – Jeśli się boisz, weź ze sobą Gęś – dodała Morrigan. – Ona nigdy się nie boi.
Mimowolnie przypomniałem sobie dziurę, jaką zrobił ptak w drzwiach prowadzących do pokoju wspólnego Krukonów i historię o Scarlacie Dabiji.
Z ponurą miną zbliżyłem filiżankę do ust i wziąłem łyk herbaty.
– Jestem skłonny w to uwierzyć – stwierdziłem, a szelest piór dochodzący spod blatu wskazywał na to, że Gęś poruszyła się raptownie.

*

Szanowny Panie Huckelberry,
dziękuję za odpowiedź i proszę o przekazanie pozdrowień i wyrazów wdzięczności Pańskiej małżonce. Daleki jestem od składania obietnic, ale myślę, że podążam słusznym tropem i niedługo będę mógł przekazać Panu więcej informacji o tragicznej śmierci Wordena Folsoma. Sprawa jest wielowymiarowa i być może jeszcze bardziej tajemnicza, niż Pan podejrzewa, więc dalsze śledztwo może mi zająć trochę czasu.
Liczę na Pańską uprzejmość w jeszcze jednej kwestii – wiem, że może to wydawać się nieprawdopodobne, ale proszę uwierzyć, że najpewniej jest ona powiązana z tym, co spotkało brata Pańskiego przyjaciela. Będę wdzięczny za każdy materiał dotyczący „czarnych ptaków”.
Hasło to jest szerokie, dlatego pozwolę sobie przesłać Panu fragment przedmowy rumuńskiego zbioru legend, który powinien nakierować Pana na to, jakie zjawisko mnie interesuje. W skrócie: poszukuję jakichkolwiek wzmianek o ptakach, które posiadają nienaturalnie czarny kolor pierza i wyróżniają się dziwnym zachowaniem, odmiennym od reprezentowanego gatunku.
Zdaję sobie sprawę z faktu, że znowu stawiam przed Panem trudne zadanie. Proszę o wyrozumiałość; nie znam innej osoby lub instytucji, którą mógłbym poprosić o pomoc.

Przerwałem pisanie i ze sceptyczną miną przejrzałem treść listu.
Nie mogłem obiektywnie stwierdzić, czy brzmiałem na tylko umiarkowanie czy może już bardzo szalonego. Westchnąłem ciężko i odchyliłem się wraz z krzesłem do tyłu, splatając ręce za karkiem. Naprawdę nie wiedziałem, kto jeszcze mógłby natknąć się na informacje o istotach podobnych Gęsi lub drozdowi, który (być może) zamieszany był w śmierć Scarlata Dabiji.
Mógłbym próbować wtajemniczyć pana Huckelberry’ego w to, co dotychczas dowiedziałem się o Morrigan Mard, ale obawiałem się, że przez to cała opowieść wydawałaby się mniej prawdopodobna, a ja – bardziej niepoczytalny.
Potrzebowałem pana Huckelberry’ego. To dziwne, serce rozdzierała mi sama myśl o tym, że przeświadczony o moim szaleństwie, zerwałby kontakt.
Uświadomiłem sobie, że coś musiało być ze mną nie tak, skoro najbliżej uzyskania niesamowicie prestiżowego tytułu mojego przyjaciela znajdował się Amerykanin, którego nawet nie widziałem na oczy.
– Straszne, straszne, fatalne – powiedziałem na głos.
Siedzący nieopodal chłopiec z trzeciego roku zachrapał przeciągle i mamrocząc nieskładnie, machnął ręką na bok, jakby się od czegoś odganiał. Z tego co widziałem, zasnął nad podręcznikiem do numerologii.
– Wiesz? – odezwałem się do niego, wstając. – To nie jest zły pomysł.
Podszedłem do regału z książkami. Na półkach znajdowały się przynajmniej trzy egzemplarze Fantastycznych Zwierząt i jak je znaleźć.
Wyszukałem adres wydawnictwa, po czym odłożyłem pozycję na dawne miejsce. Liczyłem się z tym, że na odpowiedź będę musiał długo poczekać, ale wydawało mi się to bezpieczniejszą opcją, niż zaprezentowanie się panu Huckelberry’emu jako człowiek, który wierzy, że Worden Folsom został zamordowany przez Gęś.
Usiadłem przy stole i zgniotłem wcześniej zapisany list, by zacząć pisać nowy.

Szanowni Państwo,
nim przejdę do zasadniczej części listu, pozwolę sobie pochwalić znakomitą jakość publikacji wydanych spod znaku Obscurus Books. Jako pasjonat literatury wszelakiej, zawsze z dużą dozą podekscytowania przyjmuję informacje o kolejnych Państwa przedsięwzięciach.
Ostatnio natknąłem się na pewną zagwozdkę i żywię nadzieję, że jeden z Państwa autorów pozwoli mi ją rozwiązać. W paru tekstach natknąłem się na wzmiankę o „czarnych ptakach”, opisywanych jako tajemnicze, nietypowo zachowujące się zwierzęta, ubarwione na czarno, nawet jeśli nie jest to charakterystyczne dla reprezentowanego gatunku umaszczenie. Ciekaw jestem, czy pan Scamander podczas swoich podróży spotkał się z doniesieniami o tych istotach (lub może zobaczył je na własne oczy?). Będę bardzo wdzięczny, jeśli przekażą Państwo Panu Scamanderowi to zapytanie.
Z góry dziękuję za poświęcony mi czas.
Z wyrazami szacunku
Maurice H. Dummond

Póki co tylko to rozwiązanie leżało w moim zasięgu.
Przechyliłem głowę, patrząc ponuro na zapisany pergamin. Może niepotrzebnie utrudniałem sobie zadanie? Do tej pory Morrigan dość chętnie i szczerze odpowiadała na zadawane pytania. Gdybym poprosił ją o wytłumaczenie natury Gęsi, zrobiłaby to?
Westchnąłem, uświadamiając sobie, że sama dziewczynka może nie zdawać sobie z tego sprawy lub tkwić w błędzie. Wiedza z innego źródła będzie niezbędna.
Zaadresowałem kopertę i włożyłem do niej przygotowany list. Było już późno, ale powinienem zdążyć zajść do sowiarni i wrócić do dormitorium przed ciszą nocną. Przed wyjściem z pokoju wspólnego rzuciłem lumos.
Gdy schodziłem w dół wieży, tknęło mnie nagłe przeczucie. Zatrzymałem się i obejrzałem przez ramię – na szczycie schodów stała Morrigan. Obrócona bokiem do mnie, skryta w półmroku, z dłońmi splecionymi z przodu ciała. Stałem przez chwilę w bezruchu, obserwując ją milcząco, nim odwróciłem się do niej. Żarzący się na końcu mojej różdżki punkt rzucił więcej światła na jej sylwetkę.
– Nie mogłam zasnąć – powiedziała.
– Widzę. – Zrobiłem krok w jej stronę. – Szybko tu trafiłaś.
– Muszę ci zadać pytanie.
Zmarszczyłem brwi. Patrzyła na mnie poważnie.
– Słucham.
– Maurice, czy ty wiesz, co to jest poświęcenie?
Opuściłem dłoń z różdżką.
– Wiesz? – powtórzyła dziwnie natarczywym głosem.
– Myślę, że tak.
– Wierzysz, że rzeczy mają swoją cenę?
Jej twarz nienawykła do wyrażania emocji przedstawiała niezrozumiałe dla mnie poruszenie. Przymknąłem powieki.
– Och, tak. Wszystko ma.
– Wszystko? – powtórzyła.
– Wszystko.
Wyglądało na to, że napięcie z niej ustąpiło. Zeskoczyła z najwyższego stopnia schodów.
– To dobrze – powiedziała, schodząc w dół. – To znaczy, że wszystko jest uczciwie.
Nie wiedziałem, czy przekonywała mnie czy siebie. Poczekałem, aż zrównała się ze mną krokiem, po czym razem podjęliśmy wędrówkę na niższe piętro.
– Morrigan, „uczciwie” i „tajemnice” chyba się wykluczają – stwierdziłem spokojnie.
Popatrzyła na mnie krótko.
– Nie wiem, o czym mówisz. Jeśli chcesz coś wiedzieć, zapytaj.
– Od jak dawna znasz Gęś?
– Od zawsze.
– Ach. Dlaczego przyjechała z tobą do Hogwartu?
– Jesteśmy wspólniczkami – oznajmiła nagle suchym tonem. – Maurice, mamy razem pakt, ale nie będę dla niego łamać innego.
Nie byłem nawet zaskoczony.
– Dokąd idziesz? – zapytała Morrigan.
– Do sowiarni. Mam list do wysłania. A ty?
– Też i też.
– Do prababci?
– Tajemnica!
Pokręciłem głową z westchnieniem.
– Nie miałaś chyba przyjemności poznać Pietruszki? – zagadnąłem ją.
– Pietruszki?
– Mojej sowy.
Przez chwilę przyglądała mi się z niedowierzaniem.
– Nazwałeś sowę Pietruszka?
Nie sądziłem, że będzie to dla niej aż tak dziwne. Wzruszyłem niedbale ramionami.
– Miałem jedenaście lat – stwierdziłem tonem wyjaśnienia.
– Ja teraz mam jedenaście lat – przypomniała bezlitośnie. – A nie nazywam zwierząt jak coś, co wrzuca się do zupy!
Uśmiechnąłem się tylko na te słowa. Jej początkowo oburzona twarz wkrótce również się rozpogodziła.






11 komentarzy:

  1. Podobał mi się wątek z klubem i rozmowa o goblinach. Po pierwsze,gratuluję wyobraźni,po drugie-żyłki politycznej. Nie wiem,czy Maurice'owi faktycznie bedzie tak łatwo uciec ze szponów Toma,jakoś watpię. Podwieczorek z Morrigan i cała resztą chyba jeszve bardziej specyficzny,ale mimo wszystko juz wolę tę dziwna zbieraninę. Moze procz Gęsi? Bo choc nadal w jakis sposob ją uwielbiam i nadal uwazam za najciekawsza postac,to coraz bardziej mnje jednocześnie przeraża. Ciekawe,czy dzieki korespondencji Maurice dowie się czegos wiecej. Końcówka mi się podobała,ta wzmianka o Pietruszce troszkę rozładowała napięcie całego rozdziału.zapraszam do mnie - niezaleznosc-hp.blogspot.com i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maurice nie jest specjalnie przydatny dla Toma, więc nie przesadzałbym z tymi szponami. :) Gęś jest w tym rozdziale bardzo grzeczna, nie ma co się bać. :D
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  2. O boże.
    Jestem pełna podziwu dla twojej wyobraźni. Wszystko, co piszesz, mogłoby być spokojnie prequelem do Harry'ego Pottera. Niewiarygodnie intryguje mnie Morrigan, a twój Tom Riddle jest dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażałam - mimo, że w książce jest inaczej opisywany.
    Maurice jest takim męskim mną. Bardziej lubi kogoś, kogo nie zna. Choć ja jestem na jeszcze gorszym poziomie tego zdziwaczenia - ja bardziej lubię ludzi, którzy nie istnieją.
    Jak ja nie lubię Slughorna. Ta jego idea Klubu Ślimaka mnie obrzydza.
    Przekaz gęsi, że biję jej pokłony
    Okej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Fajnie, że piszesz o swoich emocjach, dobrze wiedzieć, że mniej więcej dobrze sobie radzę. Klubem Ślimaka faktycznie chciałem Was zdegustować. :)
      Pokłony przekazane.

      Usuń
  3. Po przebrnięciu z bólem przez Przeklęte Dziecko stwierdzam, że Narrator zrobiłby to sto razy lepiej. Postaci w MMJD brzmią znacznie bardziej prawdziwie niż w szumnie nazwanym 8 tomie HP.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdzie-jest-gęś, gdzie-jest-gęś, od października jej nie widać :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Halo, mam do nadrobienia kilka rozdziałów, ale nie wiem, czy powinnam się za to zabierać, bo ewentualny brak kontynuacji zapewne grozi pęknięciem serca. ;( Mojego. Oczywiście, cudze mnie nie interesują.

    OdpowiedzUsuń
  6. cześć... dawno nic nie było i zastanawiam się,czy masz zamiar nadal pisać opowiadanie? mam nadzieję, że tak

    OdpowiedzUsuń
  7. W odpowiedzi na poprzednie komentarze - coś będzie niedługo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Okej, to moze wydawać sie nieco bezsensowne, ale muszę wylać na ciebie wiadro komplementów, bo naprawdę kocham MMJD.
    To opowiadanie było i ciągle pozostaje jednym z moich ulubionych fanfików - world building jest jest niesamowicie zgrabny i subtelny, postaci są charakterystyczne bez bycia karykaturalnym, a fabuła jest niesamowicie interesująca!
    Serio, zwyczajnie uwielbiam to jak piszesz. Czyta się świetnie - widać jak bogate masz słownictwo i jak wiele czasu poświęciłeś na dopracowanie każdego pojedynczego rozdziału. Praktycznie każda sentencja była przyjemna, elegancka i przemyślana, ale jednocześnie były one łatwa do przeczytania, co tylko ułatwia szybkie pochłonięcie opowiadania. Opublikowane rozdziały przeczytałam, zdaje się, po trzy albo cztery razy, więc… tia, naprawdę uwielbiam twój styl.
    (Plus twój narrator to nerdowaty, nieco niezręczny choć ciagle uroczy nastolatek, więc miałeś mnie od pierwszego rozdziału, haha.)
    Po prostu… bardzo mam nadzieję, że kiedyś wrócisz do tego opowiadania? I chcę tylko dać ci znać, że jeżeli kiedyś się na to zdecydujesz - na pewno masz jedną czytelniczkę, która wiernie czeka, a wierzę, że wielu więcej ciągle regularnie tu zagląda.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy